KOLONIE LETNIE W ZAKOPANEM - 1 - 10 VII 2008

Kolejne kolonie letnie przeszły do historii. Pierwsze, co mi przychodzi na myśl, kiedy przypominam sobie te 10 dni w Zakopanem to radość dzieciaków, zadowolenie wychowawców, piękne widoki Tatr i wspaniała pogoda.
Niespodzianka spotkała nas od razu po przyjeździe. Gaździna - p. Maria (właścicielka kilku domów wczasowych) postanowiła, że zamieszkamy w nowootwartym pensjonacie. Wyobraźcie sobie ładne, czyste pokoje z telewizorami, eleganckie łazienki, przestronne korytarze, salę do ping - ponga i przyjemną jadalnię.
Trudno nie wspomnieć o posiłkach. Panie kucharki robiły wszystko, żeby każdy wychodził objedzony. Czegóż tam nie było: spaghetti, pizza, racuszki, naleśniki, frytki... Nie sposób było zapanować nad apetytem przy takich daniach.
Pensjonat to ważna sprawa, ale jeszcze ważniejsza jest grupa uczestników i program kolonii. Przekrój wiekowy kolonistów był duży - najmłodsza Paulinka skończyła I klasę szkoły podstawowej, trzy najstarsze dziewczyny zdały do II klasy gimnazjum, a w środku reprezentanci wszystkich poziomów: kl. II, III, IV, V i VI. Wszyscy koloniści byli wspaniali! W sumie pojechało nas 40 uczniów i 5 wychowawców: p. A. Borucińska, p. I. Borucińska, p. B. Pachnik, p. E. Paruzal i p. A. Wierzbicka.
Program kolonii był tak intensywny i atrakcyjny, że chyba nikt nie mógł powiedzieć, że nudzi się. Skoro byliśmy w stolicy Tatr to nie obeszło się bez penetrowania Zakopanego. Oprócz najsłynniejszej ulicy - Krupówek zwiedziliśmy Muzeum Tatrzańskie i Muzeum Kornela Makuszyńskiego, odwiedziliśmy historyczny cmentarz na Pęksowym Brzysku, zadumaliśmy się w kościele Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach, modliliśmy się podczas mszy po łacinie, weszliśmy na słynną skocznię "Wielka Krokiew", w Muzeum Tatrzańskiego Parku Narodowego obejrzeliśmy przepiękną wystawę fotograficzną i 2 filmy: o niedźwiedziach żyjących na terenie TPN i o "skarbach" Morskiego Oka.
Myślicie, że to wszystko? Nic z tego! Wjeżdżaliśmy kolejką szynową na Gubałówkę, skąd podziwialiśmy panoramę Zakopanego, zjeżdżaliśmy 2-osobowym wyciągiem krzesełkowym z Butorowego Wierchu, kąpaliśmy się w Tatrzańskich Termach (baseny termalne w Szaflarach), kolejka linowa wciągnęła nas w wagonikach na Kasprowy Wierch, a później zwiozła do Kuźnic. W Murzasichlu byliśmy w Izbie Regionalnej, gdzie gospodarz opowiadał nam gwarą o zwyczajach góralskich, stroju i historii, a swą opowieść przeplatał grą na skrzypeczkach i dudach.
Podczas naszych kolonii nie zabrakło wycieczek górskich. Towarzyszył nam przewodnik TPN p. Jacek, który wychwalał grupę z Kałuszyna - żadnego marudzenia, równe tempo, dobre buty i świetne humory. Zdobyliśmy Nosal i Beskid, przeszliśmy Dolinę Kościeliską do schroniska Ornak i dalej do przepięknego Smreczyńskiego Stawu, maszerowaliśmy przez Wąwóz Kraków i Jaskinię Mroźną, a grupa wybrańców może pochwalić się dodatkowo przejściem przez Smoczą Jamę. Nie mogę nie wspomnieć o naszej najdłuższej pieszej wędrówce - nad Morskie Oko. Tego dnia przeszliśmy około 18 kilometrów. Wszyscy dzielnie maszerowali pomimo rzęsistego deszczu, który z godziny na godzinę stawał się coraz intensywniejszy. Niestety, na taką ulewę nie pomogły żadne parasole, kurtki ani płaszcze. Byliśmy mokrzy, ale zadowoleni z siebie, szczęśliwi i dumni. Po powrocie każdy wziął gorący prysznic, założył suche ubranie i mógł dalej bawić się na koloniach.
Bo przecież po powrocie z wycieczek do pensjonatu dalej toczyło się życie kolonijne. Zaczęło się od pasowania na kolonistę, potem była nauka piosenki, turnieje ping - ponga, piłki siatkowej, festiwal piosenki, dyskoteki, konkurs wiedzy kolonijnej i konkurs czystości w pokojach, na koniec podsumowanie kolonii, wręczenie nagród i upominków.
Gdyby komuś jeszcze było mało wspomnień i atrakcji to dopowiem, że w drodze powrotnej z Zakopanego do Kałuszyna zatrzymaliśmy się na kilka godzin w Krakowie. Tam podziwialiśmy Wawel i witraże Wyspiańskiego w kościele franciszkańskim, modliliśmy się pod papieskim oknem na ul. Franciszkańskiej, spacerowaliśmy ul. Floriańską i wysłuchaliśmy na Rynku Głównym hejnału z Wieży Mariackiej.
Kiedy dojeżdżaliśmy do Kałuszyna, a kolonie kończyły się, z jednej strony cieszył nas powrót do domu, ale z drugiej strony żal było rozstawać się. Jak to, to już koniec??? Nie będzie nocnych prób spotkań w pokojach? Nie będzie rannego "Dzień dobry, wstajemy"?... Będzie! za rok. A na razie... zostały wspomnienia i zdjęcia.
Izabela Borucińska

Zdjęcia z kolonii można obejrzeć w fotogalerii.